Zdrowotnego PR-u można uczyć się od uzdrowicieli, ich bajki są lepsze…

Coraz więcej ludzi wierzy uzdrowicielom, szamanom czy antyszczepionkowcom. Dlaczego? Ich przekazy są proste, nienaszpikowane skomplikowanymi terminami medycznymi. Głoszone z przekonaniem i charyzmą.


I choć mają niewiele wspólnego z aktualną wiedzą medyczną, idealnie trafiają do tych, którzy nie wiedzą co myśleć o swoich chronicznych dolegliwościach – a tych się łatwo nie zapomina.

W dniu, kiedy wszystkie ogólnopolskie media podawały informację o śmierci 30-letniej Haliny, która zmarła po aplikacji wydzieliny amazońskiej żaby w rytuale kambo, jak zwykle przeglądałam e-maile od moich czytelników. Jak zawsze żywo reagują oni na moje zdrowotne publikacje. Jeden z listów dotyczył artykułu o czerniaku.

 

Powiem szczerze, nawet nie przyszło mi do głowy, że w czyimkolwiek mniemaniu ten nowotwór może być spowodowany przez coś innego niż zbyt duża ekspozycja na słońce. Jednak człowiek uczy się całe życie, a ja nauczyłam się po raz kolejny, że to co wydaje mi się „oczywistą oczywistością” wcale nie jest nią dla wszystkich.

 

Czytelnik pisał: Witam napisała Pani w tym tekście: „Winne nadmierne opalanie” Wg mnie to jest wierutna bzdura. Winne jest zakwaszenie i w związku z tym zagrzybienie organizmu. Rak to grzyb, który zdegenerowane, obumierające organizmy przekształca do prostszej postaci – tak jak w naturze czyli . w lesie.

 

Nie odpowiadam na takie listy, bo właściwie nie wiem co mam odpisać. Mam bardzo dużo takiej korespondencji i prawdę mówiąc jestem przerażona. Na początku myślałam, że piszą do mnie wariaci, ale to nieprawda. Piszą zwykli ludzie, którym bark elementarnej wiedzy z zakresu biologii, chemii, medycyny. Nie mówię tu o wiedzy specjalistycznej. Chodzi mi o podstawy, których im brak, a co prowadzi do wiary w zupełnie nieprawdopodobne teorie.

 

Możemy mówić, że winę za taką sytuację ponosi system edukacji, system ochrony zdrowia i sami lekarze, którzy nie poświęcają odpowiednio dużo czasu na rozmowę z pacjentem. Branża farmaceutyczna też ma spore pole do popisu. To na jej barkach spoczywa tak naprawdę część edukacji zdrowotnej społeczeństwa. Sami PR-owcy farmacji czasami zapominają o tym, że powinni edukować swojego ostatecznego klienta, czyli chorego. Natomiast jeśli nawet o edukacji pamiętają, to często brakuje im refleksji właśnie co do poziomu wiedzy tego odbiorcy. To nie są puste zarzuty. Codziennie dostaję „tonę” informacji prasowych z firm farmaceutycznych lub obsługujących ich agencji PR. Mimo że od kilkunastu lat zajmuję się pisaniem o ochronie zdrowia, czasami trudno mi zrozumieć, o co chodzi ich autorom.

 

Bez wątpienia praktycznie 100 proc. z nich jest napisana merytorycznie poprawnie, zgodnie z najnowszą wiedza medyczna i naukową oraz poprawną polszczyzną. Tylko co z tego, jeśli to czasami korporacyjny bełkot zrozumiały na poziomie doktora nauk medycznych lub farmaceutycznych. Ja i wielu moich kolegów i koleżanek jesteśmy tylko dziennikarzami. Owszem, osłuchaliśmy się już, wiele przeczytaliśmy i niejedno przyszło nam o chorobach, lekach i systemie ochrony zdrowia napisać, ale nadal nie jesteśmy lekarzami, naukowcami i farmaceutami.

 

Czytanie ze zrozumieniem

 

Dostaję taką informację prasową i myślę sobie: jak fajnie, nie będę musiała dzwonić, zbierać opinii, przepytywać specjalistów. Czytam komunikat. W połowie tekstu zauważam, że myślę już o czymś innym i nie mam pojęcia o czym czytam, później jest już tylko gorzej. Próba przeczytania tego ze zrozumieniem doprowadza mnie prawie do płaczu.

 

Kończy się tym, że dzwonię np. do twórcy komunikatu i proszę o przełożenie z „polskiego na nasze”, albo koniec końców dzwonię do lekarzy, którzy są w stanie bardziej przystępnie opowiedzieć o problemie. W sumie napisanie tekstu zajmuje mi więcej czasu, niż gdybym tworzyła go sama od początku.

 

Gdyby „ciężkie” komunikaty były problemem tylko moim lub innych dziennikarzy zajmujących się zdrowotną „działką”, to właściwie moglibyśmy zapomnieć o tym i powiedzieć: trudno, taka nasza dola. Tyle, że jeśli dziennikarz nie zrozumie, to albo nie napisze, albo to co napisał, nie zostanie zrozumiane przez czytelnika. A w końcu o to chodzi, żeby ten zwykły chory, dla którego firma farmaceutyczna ma idealny lek, dowiedział się o nim.

 

Może firmy farmaceutyczne powinny mniej komunikować a więcej edukować. Dobrze wyedukowany, przeciętny Polak nie będzie wierzył oszustom, tylko specjalistom. Takie zasługujące na pochwałę działania prowadzi np. Bayer. Bayerowski Baylab to fajny projekt, który przybliża najmłodszym najnowsze zdobycze nauki i pokazuje jak działają w praktyce. Jestem pewna, że takie pokazowe lekcje przydałyby się też wielu dorosłym.

 

Czasami pytam zaprzyjaźnionych PR-owców, którzy pracują na rzecz firm farmaceutycznych, dlaczego te komunikaty są takie sztywne i mało zrozumiałe. Tłumaczą, że to, co widzę, to często kompromis pomiędzy tym co sadzą co najmniej trzy działy ich firmy, a tym co oni chcą nam, dziennikarzom, przekazać.

 

Świadczy to trochę o oderwaniu od rzeczywistości ludzi wykształconych, którzy pracują w dużych korporacjach. Może czasami powinni pojechać do małego miasta, gdzieś na wschodzie Polski i poczekać w kolejce do lekarza razem ze zwykłymi ludźmi. Posłuchać co mówią i wiedzą o medycynie, lekach i firmach farmaceutycznych. Może ta wiedza pozwoliłaby w końcu na tworzenie fajnej, zrozumiałej komunikacji. A przy okazji z przestrzeni publicznej, mediów społecznościowych i internetu w końcu zniknęłyby bajki o złej Big Pharmie i złych dziennikarzach zdrowotnych, którzy próbują eksterminować polskie społeczeństwo.

 

Anna Kaczmarek

Dziennikarka, redaktor prowadząca Działu Zdrowie portalu naTemat. Wcześniej dziennikarka i wydawca m.in. w branżowym Rynku Zdrowia, reporterka Polskiej Agencji Prasowej. Tematyką zdrowotną zajmuje się od kilkunastu lat. Studiowała dziennikarstwo na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.